Grupa naTemat
NIE PRZEGAP WESPRZYJ POLSKI STARTUP W ŚWIATOWYM KONKURSIE. ZAGŁOSUJ I DAJ SZANSĘ POLAKOM WYGRAĆ 250 TYS. USD.

Milicja – terroryści domowego chowu

Nie, nie chodzi o kolejną specustawę PiS, w ramach reaktywacji Peerelu przywracającą Milicję Obywatelską (sorry, teraz chyba Narodową). Tym razem milicja, a ściślej – „militia”, dała o sobie znać… w Oregonie.

Jak do tej pory, ze skąpych doniesień medialnych wiadomo tylko tyle, że w stanie Oregon, prawdopodobnie w nocy z soboty na niedzielę, dokonano aktu terroru. Kompleks budynków administracyjnych należących do lokalnego rezerwatu – The Malheur National Wildlife Refuge – położonych 30 mil od małego miasteczka Burns nieopodal Malheur Lake, został zajęty przez grupę uzbrojonych mężczyzn. Zdaje się, że było się bez ofiar, ponieważ obiekt był zamknięty w związku z przerwą noworoczną.

Dziś niedziela kończąca noworoczny weekend. W Oregonie leży śnieg, a do zajętych obiektów jest 30 mil z najbliższego miasteczka. Do położonych na końcu świata budynków okupowanego rezerwatu nie dotarli jeszcze reporterzy najważniejszych mediów. Toteż o szczegółach ataku wciąż niewiele wiadomo.

Wstrzemięźliwość w informowaniu o zamachu może jednak mieć jeszcze inne źródło, niż brak ofiar (bo co to za news) i urlopy dziennikarzy, świętujących długi weekend gdzieś na stokach w Utah.

Ataku w Orgeonie nie dokonali bowiem islamscy wysłannicy ISIS, choć to właśnie przed nimi ostrzegano Amerykanów tuż przed Sylwestrem. Zbrojne zajęcie obiektów federalnych to dzieło rodzimych białych ekstremistów.

Mało się o tym oficjalnie mówi i pisze, bo ta niewygodna prawda godzi w kilka naraz narodowych mitów Ameryki, ale przynajmniej od raportu, jaki w czerwcu tego roku opublikował NYT wiadomo, że wprawdzie zagrożenie atakami dżihadystów jest duże i jak najbardziej realne, ale – według tego samego źródła – „ ryzyko, że przeciętny Amerykanin zostanie zamordowany przez białego suprematystę jest znacznie większe niż śmierć z rąk islamskiego terrorysty”. (Homegrown Extremists… Scott Shane, NYT, June 24, 2015)

Twarde dane wskazują, że od czasu tragedii z 11 września z rąk białych amerykańskich „narodowców” zginęło dwa razy więcej ofiar, niż zabili ich w Stanach muzułmańscy „bojownicy”. Według New America Research Center z Waszyngtonu, amerykańscy prawicowi radykałowie odebrali w tym czasie życie 48 osobom. Samozwańczy wojownicy dżihadu mają zaś na koncie 26 ofiar.

Czym jest „biały ekstremizm”? To coś na kształt organizacji „narodowców” nad Wisłą, przy zachowaniu wszelkich proporcji, oczywiście. Amerykańscy suprematyści to spontanicznie zrzeszające się grupy paramilitarne (tak zwane milicje), złożone głównie z białych mężczyzn wyznających skrajnie prawicową ideologię dominacji „białej rasy”. Takich, co to demonstrują pod sztandarami „Ameryka dla Amerykanów”, czyniąc swoimi symbolami swastyki oraz hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna”. No, po prostu, prawdziwi amerykańscy patrioci. Patrioci – dodajmy – uzbrojeni, co samo w sobie czyni z nich zjawisko potencjalnie niebezpieczne dla porządku publicznego.

Jest ich – według różnych szacunków – od 50 do jakichś 100 tysiecy.

Według badania, które stało się bezpośrednią przyczyną publikacji tekstu z NYT, dla dwóch trzecich wszystkich amerykańskich stróżów prawa to właśnie oni, faszyzujący, radykalni „milicjanci”, nie zaś islamscy ekstremiści stanowią najbardziej realne zagrożenie terroryzmem. Są bowiem antyrządowi czy wręcz – antysystemowi, faszyzujący i skłonni do stosowania przemocy.

Te dane nie stanowią zaskoczenia dla fachowców od amerykańskiej polityki wewnętrznej. Od lat alarmują oni o rosnącym problemie terroryzmu „domowego chowu” (homegrown terrorism).

Niedawno, przy okazji ostatniej strzelaniny w Oregonie (w październiku tego roku) dziennikarz z The Washington Post policzył, że do podobnych aktów agresji na tle skrajnie prawicowej, faszyzującej ideologii dochodzi w Sanach… codziennie. W ciągu 274 dni roku 2015 odnotowano 294 strzelaniny. To jednak nie wszystko. Bo mass shootings, o których tu mowa to „zdarzenia” w których co najmniej cztery ofiary giną na miejscu lub są ciężko ranne. Tylko wtedy informacja o „strzelaninie” w ogóle trafia do statystyk i mediów ogólnokrajowych. Inaczej to żaden news. Oczywiście nie wszystkie te „zabawy z bronią” to robota białych ekstremistów. Za część z nich odpowiadają ludzie z problemami mentalnymi. Inne to zwykłe wypadki, o co nietrudno w kraju, gdzie broni jest więcej, niż obywateli.

Ale mimo wszystko przy tej skali zagrożenia zadziwiające jest milczenie części mediów i większości polityków prawicy.

Ta wstrzemięźliwość ma swoją przyczynę. Upiora białego ekstremizmu obudzili radykalni Republikanie. I wciąż go karmią, oskarżając polityków przeciwnego obozu o zamierzone „niszczenie amerykańskich wartości”, walkę z religią, mordowanie nienarodzonych ( to ze względu na dopuszczalność aborcji), komunizm, libertarianizm, genderyzm, niszczenie rodziny, brak patriotyzmu i nienawiść do wszystkiego, co amerykańskie. GOP, nie bacząc na rosnącą liczbę ofiar, uparcie nie godzi się też na żadne ograniczenia w powszechnym tu – zwłaszcza w środkowych stanach, które są matecznikiem „milicji” – przyzwoleniu na noszenie i używanie broni.

Cóż – partia republikańska to – z definicji – partia stworzona i rządzona przez białych protestanckich mężczyzn z klasy średniej. Trudno w niej o zagrażającą interesom tychże białych mężczyzn z klasy średniej tolerancję dla wszystkich, którzy nie są białymi mężczyznami z klasy średniej.

To zrozumiałe, że wartości wszystkich innych Amerykanów są dla GOP-u mniej istotne, przez co „gorsze”, niż ich własne. Przekładając to na język aktualnie obowiązujący nad Wisłą – dla skrajnej, ekstremistycznej amerykańskiej pawicy wszyscy pozostali obywatele USA, to taki „ gorszy sort” Amerykanów.

Oczywiste jest, że należy ich zwalczać w imię obrony „ starych, dobrych wartości”.

Tym właśnie – eliminacją wszelkich „ obcych” rasowo, religijnie, ideologicznie i światopoglądowo „elementów” oraz „przywracaniem normalności” według definicji skrajnego skrzydła Republikanów, zajmują się na co dzień biali suprematyści. Panowie o podgolonych karkach, ubrani w skóry i chętnie używający symbolu swastyki, uaktywnili się zwłaszcza po wyborze Barcaka Obamy na prezydenta USA. Ale paliwem dla ich nienawiści są także ustawy legalizujące zmiany obyczajowe oraz – co akurat oczywiste – terror islamski. Ten ostatni usprawiedliwia motywowaną religijnie i rasowo nienawiść do „ obcych”.

Republikanie skutecznie torpedują nie tylko próby prawnego ograniczania działalności białych ekstremistów. Utrudniają także socjologiczne badania problemu. Gównie dlatego, że podobne badania ujawniłyby opinii publicznej zaangażowanie GOP w podsycanie skrajnie prawicowych nastrojów. Jeszcze w 2009 roku Good Old Party udaremniła publikację raportu Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Homeland Security) na temat rosnącego po wyborze Obamy zagrożenia białym terroryzmem.

Bo wtedy wyszłoby na jaw kto „ stoi” za kolportowaniem teorii o „obcym” pochodzeniu prezydenta i o jego ukrywanych związkach z islamem.

Milicje ze swojej strony odwdzięczają się Starej Dobrej Partii za to wsparcie ideologiczne i moralne, obficie finansując jej kampanie wyborcze.

Najbardziej tragicznym w skutkach aktem wewnętrznego terroryzmu był atak Timothyego McVeigha na budynek federalny w Oklahoma City w 1995 roku (zginęło wtedy 168 osób, w tym 19 dzieci).

Ale takie napaści zdarzają się ciągle. Ostatnim większym tego typu aktem białego terroru była czerwcowa masakra dziewięciorga Afroamerykanów w kościele w Charleston, w czerwcu tego roku.

Dopiero co, też w Oregonie, od strzałów białego suprematysty zginęły kolejne niewinne ofiary.

Teraz budynki Malheur National Wildlife Refuge – rezerwatu w okolicach miasteczka Burns, w tym samym Oregonie, zajęła grupa prawicowych, ekstremistycznych „ milicjantów” , kierowana przez znaną już z podobnych działań rodzinę Budnych. Na czele ataku stoi – jak wynika ze skąpych doniesień – Ammon Budny. Syn Clivena, któy w 2014 walczył z agentami federalnymi w Newadzie.

Dotąd wiadomo tylko, że „militia men” zajęli obiekt w proteście przeciwko wyrokowi na lokalnych farmerów, ojca i syna Hammondów, którzy w poniedziałek mieli trafić do więzienia za nielegalny odłów jeleni, zakończony podpalenie gruntów publicznych by zatrzeć ślady przestępstwa. Pożar zagroził okolicy i życiu strażaków.

Wyrok to jednak tylko pretekst, bo już wiadomo, że obiekty w Burns zostały ogłoszone „ niepodległym rządowi „wolnym terytorium”. I że przywódca ataku wzywa chętnych do przyłączania się do buntu i do budowy w tym miejscu czegoś na kształt suprematystycznej białej „komuny”. Gdzie wszystko będzie „ normalnie”, jak niegdyś, sto lat temu, tu bywało.

Bo panowie milicjanci po raz kolejny przeszli oto od słów, do czynów.

O szczegółach projektu w Burns niestety, niewiele dotąd wiadomo. Na szczęście, nic też nie wiadomo o ewentualnych ofiarach. Wszyscy obrońcy prawa do noszenia broni i politycy nakręcający w Stanach kampanię nienawiści do „obcych” i obywateli „gorszego sortu” nabrali wody w usta.

Kto sieje wiatr, zbiera burzę.
ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj