O autorze
Jestem dziennikarką żyjącą pomiędzy Polską i USA. W tej chwili współpracuję z portalem NowyJorker.com i wydawanym w Nowym Jorku „Nowym Dziennikiem” . Mój blog „Jak to się robi w Ameryce” zamierzam poświęcić komentowaniu bieżących wydarzeń amerykańskich i polskich we wzajemnym kontekście, co być może okaże się interesujące dla polskich czytelników.

Dallas, czyli „będąc matką policjanta”

Prezydent Obama pojechał do Warszawy żeby na szczycie NATO zapisać się nie tylko w historii Ameryki, ale także świata, tymczasem w Stanach wszystkie media od rana piszą o Dallas.

Tym samym Dallas w Teksasie, gdzie od kul snajpera pół wieku temu zginął inny prezydent – John F. Kennedy.



Znów padł tam strzały i znowu zginęli ludzie. Według najnowszych danych, podanych przez NBC i poranne wydanie NYT, w strzelaninie straciło do tej pory życie pięciu policjantów, a stan pozostałej siódemki rannych nadal jest ciężki.

Jak zwykle w podobnych wypadkach, w tej chwili jeszcze nie wiadomo nic pewnego o powodach ataku, ale z relacji z miejsca zdarzenia wynika, że była to pułapka. Snajper , zabity ostatecznie przez policyjnego robota, strzelał oficerom w plecy, żeby zabić.

Wcześniej mówił o nienawiści i o zemście. O tym, że jego plan to zabić jak najwięcej „białych policjantów”

W czasie strzelaniny w Dallas trwał protest przeciwko brutalności policji. W środę, a potem w czwartek, dwóch Afroamerykanów straciło w tym tygodniu życie w trakcie policyjnych interwencji w Luizjanie i w Minnesocie. Policjanci, którzy zginęli w Dallas ochraniali demonstrację, w której szli uczestnicy ruchu „Black Lives Matter” (Czarne Życie Też Się Liczy).

Reakcje na strzelaninę i śmierć oficerów na służbie oficjalnie są w Stanach jednoznaczne. To zbrodnia. I na domiar złego jest to typowa, rasistowska „ zbrodnia z nienawiści”, bo tuż przez atakiem sprawca miał informować służby że celem są „ biali policjanci”.

Ale już w Sieci obok oburzenia, szoku i współczucia natychmiast pojawiły się też wpisy broniące sprawcy. A przynajmniej szukające usprawiedliwienia dla motywów ataku. Że policja strzela do niewinnych. Że biali oficerowie szczególnie prześladują Afroamerykanów, stosując nieuprawniony „profiling” ( są z definicji na cenzurowanym i zatrzymuje się ich na wszelki wypadek). Że oficerowie traktują czarnych zatrzymanych z niestosowaną wobec innych ras brutalnością i wsadzają za byle co, albo aresztują zupełnie bez powodu. Że policjanci strzelający, żeby zabić nie ponoszą za swoje czyny żadnych konsekwencji.

Dowód? Nie było dotąd ani jednego przypadku zastrzelenia w czasie policyjnej interwencji nie tylko białego, ale też Azjaty, Latynosa , Hindusa, Araba, nawet Indianina… Czyli policja się uwzięła. Bo to przecież niemożliwe, żeby akurat Murzyni stanowili jakieś wyjątkowe zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego, prawda?

Słowem – policja „zapracowała” sobie na krwawą zemstę snajpera, który z zimną krwią strzelał w plecy Bogu ducha winnym mundurowym na służbie. Niekoniecznie białym zresztą, bo do policji idą młodzi ludzie ze wszystkich mniejszości etnicznych.

Od wypadków w Minnesocie i Luizjanie media społecznościowe zalewa fala hejtu, której adresatami są stróże prawa. Że wdrożono śledztwo? Że nie znamy okoliczności obu tragicznych wydarzeń? Co z tego, Sieć i tak wie, że to policjanci są winni. Już zostali osądzeni i skazani.

Nawet na polskojęzycznych portalach widziałam podobne komentarze. Los Murzynów, do których biali rasiści w policyjnych mundurach strzelają jak do kaczek, także nad Wisłą odbiera sen i apetyt co bardziej empatycznym komentatorom skomplikowanej amerykańskiej rzeczywistości.

W sumie to dobrze, że takie przypadkowe śmierci, czy – niech będzie – zabójstwa w majestacie prawa – budzą oburzenie ludzi o wrażliwych sumieniach, nie tylko w Stanach, ale też na świecie.

Wobec krytyki „dobrej zmiany” za oceanem brutalność amerykańskiej policji ma zresztą nad Wisłą dodatkowy wymiar moralny. Słynne „ A w Ameryce biją Murzynów” ciągle nie straciło na aktualności… Z tym, że zawsze jest, niestety, jakieś „ ale”.

Na przykład strzelanina w Dallas…
Odkąd w telewizji i gazetach pojawiły się pierwsze doniesienia o ofiarach w Teksasie, nie śpią nie tylko wrażliwe dziewczyny w Polsce, ale też moja tutejsza znajoma. Polka. Matka policjanta.

Jej syn niedawno ukończył naukę w nowojorskiej Akademii Policyjnej i dostał odznakę. Urodził się w Polsce, ale wychował już tutaj, na Queensie. Dla młodych Afroeamerykanów, których „ zdejmuje” podczas praktycznie każdego patrolu z ulic Bronxu – jest więc „białym policjantem”.

Na służbie, jeśli już strzela, może zabić. Podobnie, jak jego koledzy, niezależnie od koloru skóry. Tak samo strzelają bowiem, w razie zagrożenia, Afroamerykanie, których wielu służy w szeregach nowojorskiej policji. Inaczej sami mogą zostać zabici, a w najlepszym razie ciężko ranni. Być może któregoś dnia ktoś zza węgła strzeli im w plecy, jak dzisiaj chłopakom z Dallas (chociaż nie wiem, może wśród ofiar była też jakaś dziewczyna, bo zawód bardzo się w ostatnich czasach sfeminizował).

Na ekranie telewizora wygląda to wszystko trochę inaczej, niż w sytuacji, kiedy było się kiedyś przypadkowym świadkiem strzelaniny. Takiej w biały dzień, na środku ulicy.

Spór o prawo do noszenia broni nie jest tu sporem „ o pietruszkę”. Tu naprawdę można stracić życie od przypadkowej kuli.

Policja, w osobach młodych ludzi świeżo po szkole, skonfrontowana z gangami handlarzy narkotykami i bronią , czasem strzela po prostu ze strachu. Jasne, że nie powinna, zwłaszcza jeśli podejrzany nie jest uzbrojony i nie stawia oporu. Ale zazwyczaj trudno to ocenić na pierwszy rzut oka. Trudno powiedzieć, czy wyrostek uciekający na widok radiowozu tylko okradł sklep na rogu, czy też chwilę wcześniej zastrzelił w porachunkach mafijnych kilka osób. Z oceną, czy jest uzbrojony, też lepiej nie czekać, aż się oberwie serią z automatu.

Owszem, powielam tu stereotyp Murzyna-bandyty, z definicji podejrzanego o najgorsze. O to właśnie oskarżają zresztą amerykańską policję uczestnicy ulicznych protestów, takich jak ten w Dallas. Problem w tym, że nawet jeśli zostawimy na boku statystyki, niestety potwierdzające te niepoprawne politycznie uprzedzenia, to zwykły człowiek dowolnego pochodzenia etnicznego, jeśli mu życie miłe, raczej nie wybierze się po zmroku na pieszą wycieczkę po Harlemie czy romantyczną przechadzkę po Bronxie. Nawet teraz, kiedy obie te dzielnice straciły złą sławę gett etnicznych i stały się o wiele bardziej, niż kiedyś bezpieczne i zróżnicowane rasowo.

Jeszcze i dzisiaj są w Nowym Jorku takie okolice, że nawet w południe trzeba mieć tam „oczy dookoła głowy”, a najlepiej nie zaglądać w takie miejsca bez istotnej potrzeby. To nie uprzedzenia. To fakty.

Strach pomyśleć, co będzie, jeśli policjanci zaczną się bać jeszcze bardziej, niż boją się teraz. Kiedy dla własnego bezpieczeństwa i dla świętego spokoju zaczną omijać takie złe dzielnice łukiem szerszym, niż mijają do tej pory. Gdy widząc napad, odwrócą wzrok. Kiedy proszeni o pomoc – odłożą słuchawkę. Już teraz oskarża się ich zresztą o zaniechania, unikanie interwencji i tolerowanie bezprawia w okolicach, w których – dziwnym trafem – stoją największe w mieście osiedla socjalne…

Jasne, że większość Afroamerykanów nie mieszka w gettach, uczy się, pracuje, kupuje domy, zakłada rodziny i wychowuje dzieci. Stereotyp agresywnego, aspołecznego wyrostka zagrażającego naszym portfelom, samochodom, zdrowiu, życiu i świętemu spokojowi to , oczywiście, stereotyp.

Zgoda również co do tego, że aresztowanie „za przebywanie” na ulicy jest nie fair, a zastrzelenie bezbronnego człowieka podczas aresztowania to zwykłe morderstwo.

Tylko jak, w takim razie, ocenić zaplanowaną na zimno zbrodnię w Dallas?
Trwa ładowanie komentarzy...