Ameryka w ruinie

Wczoraj wieczorem zakończyła się konwencja GOP w Cleveland, która położyła kres spekulacjom na temat kandydata Republikanów na prezydenta USA Został nim Donald Trump, i tu nie było żadnych niespodzianek. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiło na słuchaczach to, co The Donald powiedział w swojej mowie elektorskiej. Obywatele USA dowiedzieli się z niej bowiem, że ich ojczyzna jest… w ruinie.

Najbardziej zrujnowane są – podobno – lotniska i autostrady. A także szpitale i osiedla mieszkaniowe. W sumie – trudno powiedzieć, co trzeba podnieść z ruin w pierwszej kolejności, bo z okna każdy widzi tylko swój własny, mały kawałek Ameryki.



To, że u nas na Belt Parkway właśnie położyli świeży asfalt, a lotnisko JFK ciągle trzyma się w jednym kawałku nie świadczy więc, że Donald nie ma racji. Tym bardziej, że całkiem niezły stan techniczny Nowego Jorku może on uznać za swoją osobista zasługę. Jego firma akurat kończy stawiać kilka nowych apartamentowców na Chelsea…

Tak więc – niezależnie od tego, co się niektórym wydaje, zdaniem The Donalda USA się walą i jedyne, co można zrobić, żeby zapobiec nadciągającej katastrofie budowlanej, to pilnie podpisać wielki kontrakt na nowy New Deal. Z Trump Corporation.

Co będzie tym łatwiejsze, że firma Trumpa jest prawie tak wszechstronna, jak nasz wrocławski Impel. Obok budowania zajmie się też – jak obiecał w przemówieniu jej COE – sprzątaniem i ochroną. Chętnie zapewni bezpieczeństwo nie tylko w Stanach, ale też na świecie. I wreszcie zrobi z tym wszystkim prawdziwy porządek.

Jak tylko Amerykanie wybiorą Donalda na prezydenta, nie tylko w USA, ale wszędzie na świecie zapanuje więc Law & Order.

O Sprawiedliwości kandydat GOP-u nie wspominał, ale to pewnie tylko dlatego, że chciał uniknąć kolejnego oskarżenia o naruszenie praw autorskich. Jeden zarzut o plagiat już przecież na konwencji Trumpowi postawiono, więc być może uznał, że to na razie wystarczy.

Melanii można zresztą wybaczyć, że powtórzyła słowa Michelle Obamy. Ale żeby tak żywcem cytować Prezesa Kaczyńskiego… To mogło zostać źle odczytane.

(W kręgach radykalnej amerykańskiej prawicy nazwisko „Kaczyński” kojarzy się wprawdzie bardzo pozytywnie, bo Ted Kaczyński uchodzi tam za wielkiego patriotę i męczennika słusznej sprawy (zasłynął nienawiścią do rządu i instytucji państwowych USA, jako Unabomber, rozsyłając im bomby własnej produkcji). Ale gdyby się tak wyszło na jaw, że plany Trumpa, by „uczynić Amerykę znowu wielką”, opierają się na pomysłach Prezesa niewielkiego kraju w Europie, wyborcze szanse Donalda mogłyby – niestety – ucierpieć.)

Przemawiając w Cleveland, The Donald nie tylko otworzył rodakom oczy na to, że Ameryka jest z ruinie. Zwrócił też uwagą na niespotykaną do tej pory wysokość zalewającej kraj fali zbrodni. I na straszliwe skutki gospodarcze nielegalnej imigracji.

Przemówienie było genialne. Bo w ten sposób Donald, jeśli tylko zostanie wybrany, co jest dziś mniej nieprawdopodobne, niż było jeszcze kilak miesięcy temu, od razu zrealizuje swoje największe wyborcze obietnice.

Jakim cudem?

Cóż, głównie dlatego, że tak naprawdę Amerykańska infrastruktura, choć pozostawia wiele do życzenia, ma się całkiem nieźle, nowoczesnych obiektów użyteczności systematycznie przybywa, statystyki przestępstw od wielu lat …spadają, a korzyści wynikające z zatrudniania i obecności w Sanach wielu milionów „nielegalnych” zdecydowanie przewyższają wszelkie związane z tym wydatki.

Ale skąd miałby o tym wiedzieć „suweren”, do którego zwraca się w swojej kampanii Donald Trump?

Jego wystąpienie adresowane było przede wszystkim do białej, „niższej klasy średniej”. Głównie do wkurzonych degradacją społeczną białych mężczyzn ze średnim wykształceniem technicznym, religijnych, konserwatywnych i mieszkających na amerykańskiej prowincji.

Oni najchętniej wierzą, że problemy, z którymi zmagają się na co dzień oni sami i cała Ameryka, to wina zabierających im pracę „nielegalnych” oraz upadku obyczajów. I to do nich są adresowane te populistyczne, „łatwe” recepty na rozwiązanie rzeczywistych problemów USA.

Nie widzą przy tym związku między swoją sytuacją życiową a głosowaniem na GOP. Nie kojarzą, na przykład, relacji między rosnącym zagrożeniem przypadkową śmiercią w strzelaninie, a konsekwentną obroną przez Republikanów prawa do powszechnego dostępu do broni. Nie rozumieją, że to nie „lewactwo”, ale neokonserwatyści z GOP stoją za globalizacją gospodarki i swobodnym przepływem kapitału spekulacyjnego. Że nawet pod rządami demokratycznego prezydenta to nie Demokraci, ale opanowany przez prawicę Kongres decyduje o niekorzystnej dla „niebieskich kołnierzyków” ordynacji podatkowej. Ani że polityka imigracyjna USA też zależy od prawicowego Kongresu (także rodakom nad Wisłą trudno zrozumieć, że brak ruchu bezwizowego dla Polaków to „ zasługa” konserwatystów z Kapitolu, a nie wina „lewaka” Obamy).

Mniejsza jednak o fakty. Ważne, żeby potencjalni wyborcy uwierzyli nie temu, co widzą, tylko Trumpowi.

Gorzej, że jeśli Donald wygra, to – jak zapowiedział – będzie się domagać wysokich kwot za pilnowanie bezpieczeństwa na świecie. I wtedy USA może wystawić Polsce rachunek za bazy NATO, obiecane na niedawnym szczycie w Warszawie.

Na szczęście, na tę okoliczność będziemy mieć wtedy asa w rękawie. Bo jeśli Trump wygra dzięki „Ameryce w ruinie”, to Pan Prezes będzie mógł od niego zażądać wysokiego odszkodowania za prawa autorskie…
Trwa ładowanie komentarzy...