O wyższości parawanu, czyli plażowanie w Ameryce

Tyle się dzieje… Nie dalej, jak wczoraj rano Donald Trump nazwał Hillary Clinton wysłanniczką diabła, a tymczasem ja tu o plaży… No ale lato jest, więc co kogo obchodzą amerykańskie przepychanki przedwyborcze.

Plaża, to co innego. Nie bez powodu sposoby i metody plażowania rozgrzewają do czerwoności fora na „Pudelku” i innych portalach informujących o nagminnym łamaniu ustawy o obrocie ziemią (grodzenie bez uprawnień rolniczych pół hektara plaży) i najeździe Kiepskich na Sopot i Jastarnię.

No więc amerykańscy Państwo Bundy parawanów na plaży… nie stawiają. W Stanach, a przynajmniej na Wschodnim Wybrzeżu, przenośne płócienne ogrodzenie nie występuje w ogóle. A już zwłaszcza nie w charakterze akcesorium plażowego. Może dlatego, że klimat jest tutaj gorętszy, a w wilgotnym, podzwrotnikowym upale każdy powiew znad oceanu jest dobrem rzadkim i deficytowym.

Chociaż – trzeba przyznać – wielka szkoda, że parawanów tu nie ma. Czemu szkoda?

Bo to mimo wszystko lepiej, gdy widok na morze przesłania kilka metrów płótna zadrukowanych w szykowne desenie, niż gęsty, niczym nie osłonięty tłum rozebranych niemal do naga plażowiczów w rozmiarach 46 plus. Nie da się bowiem ukryć, że Amerykanie zmagają się z nadwagą. Przy czym „zmagają” nie jest tu chyba najbardziej właściwym określeniem.

Przeciwnie, w plażowych okolicznościach przyrody nawet chętniej niż zwykle folgują oni bowiem swojemu upodobaniu do jedzenia.

Toteż jeśli trudno wyobrazić sobie rodzinę Kowalskich na plaży w Jastarni bez parawanu, to równie trudno spotkać w podobnych okolicznościach familię Smithów bez wielkiej, przenośnej lodówki na kółkach i równie wielkiego, przenośnego grilla.

Na nowojorskie plaże tutejsi Kiepscy (i nie tylko oni) przychodzą bowiem… przede wszystkim jeść. Trochę wypada za to winić klimat. W mokrym upale trudno wytrzymać w kuchni. Ale głównie jest to chyba kwestia obyczaju.

Miasto wychodzi zresztą na przeciw tym naturalnym potrzebom, i większość plaż publicznych to nie tylko piach, falochrony i wieżyczki ratowników, ale też szeregi stołów piknikowych i specjalne miejsca do grillowania.

Przez całe lato, zwłaszcza w weekendy, nad plażami Nowego Jorku wisi więc gruba chmura siwego dymu, a w powietrzu niosą się aromaty podpałki i węgla drzewnego, zmieszane z zapachem skrzydełek Buffalo, przypalonych steków i szaszłyków w kurczaka.

Przy stojących gęsto, tuż obok siebie, stołach biesiadują zaś tłumy plażowiczów, głównie Latynosów, którzy w zasadzie są plażowiczami tylko z nazwy, z rzadka bowiem, o ile w ogóle, wychodzą na piasek.

Po instalacji lodówki, grilla i dziesiątków papierowych talerzyków, plastikowych kubeczków i tysięcznych pojemników z przekąskami, Państwo Budny z przyjaciółmi włączają jeszcze wielkie, zasilane ze specjalnych akumulatorów radia (każde gra, równie głośno, co innego) i tak siedzą, w tym dymie, hałasie i tłumie, od wczesnego rana do późnego wieczora. Więc chyba to lubią?

Na piachu tłum jest znacznie mniejszy, niż na okołoplażowych terenach piknikowych, chociaż i tutaj, na obrzeżach, też potrafią się rozłożyć obozem zwolennicy fiesty. Tyle tylko, że na piachu nie wolno grillować, więc spożywają zimne przekąski, ciasta i sałaty. Ich radia grają zaś ciszej, ale tylko ze względu na straż parkową, która stara się egzekwować prawo reszty plażowiczów do względnego spokoju, przynajmniej w sferze, dokąd sięga piasek.

Tak więc – większość grilluje, je i słucha muzyki, a mniejszość, ta na piachu, opala się i moczy stopy w oceanie. Charakterystycznym atrybutem rozpoznawczym owej mniejszości są – w miejsce parawanów –płócienne parasole, co o tyle racjonalne, że temperatura sięga w słońcu jakichś 40 stopni Celsjusza. Zamiast kocyków występują zaś cienkie, bambusowe maty, równie cienkie materace z pianki oraz zwyczajne, kolorowe prześcieradła. Bo gorąco…

Rzecz charakterystyczna, pomimo że woda jest czysta a sinice zdecydowanie nieobecne, prawie nikt nie wchodzi do wody głębiej, niż do pasa. Na naszej plaży w ciemno można do nielicznych pływających zagadać po rosyjsku (nieopodal leży Brighton Beach, nowojorska dzielnica etniczna, którą zamieszkują Amerykanie pochodzenia rosyjskiego i inni Słowianie).

Rosjan można też rozpoznać po zamiłowaniu do kostiumów jednoczęściowych (panie w pewnym wieku) oraz kąpielówek typu „slipy” (panowie). Reszta plażowiczów , bez względu na metrykę i gabaryty, nosi – odpowiednio – bikini oraz szorty.

Tak więc – mieszkańcy Brighton siedzą pod parasolami, zwykle na leżakach, tuż przy brzegu i co chwila wstają, żeby popływać. Niektórzy czytają. Inni – w głębokiej konspiracji – piją zimne piwo. Bo w Ameryce nie wolno pić alkoholu na plaży. Oficjalnie nie wolno, chyba, że puszka lub butelka jest ukryta w nieprzeźroczystej torebce lub zastępuje ją margherita z termosu. Rosjanie – inaczej niż Latyonsi – raczej na plaży nie grillują i nie słuchają na radia.

W ten sposób na tej samej plaży występują obok siebie dwa konkurencyjne sposoby plażowania, latynoamerykański i środkowoeuropejski. Bo towarzystwo na terenach piknikowych to głównie Latysnoi oraz (nieliczny w tej okolicy) Afroamerykanie. Przy czym przedstawiciele obu metod korzystania z uroków lata w mieście, starają się nie wchodzić sobie w paradę.

Piach, to raczej domena rzeczywistych amatorów plażowania. Z kolei tereny wokół piachu okupują wielbiciele pikników na powietrzu ( niezbyt świeżym z powodu średnio pięciu grillów na stopę kwadratowa powierzchni).

Niemniej, jak się tak posiedzi chwilę na gorącym piasku z widokiem na szary ocean, popatrzy na te kolorowe rosyjskie parasole i Latynoski w rozmiarze 50 w skąpych bikini, jak się poczuje w nosie gryzący zapach dymu, a w uszach gorące, meksykańskie rytmy, to można szczerze zatęsknić za wygrodzoną gąszczem parawanów plażą w Ustce lub Jastarni.
Trwa ładowanie komentarzy...