O autorze
Jestem dziennikarką żyjącą pomiędzy Polską i USA. W tej chwili współpracuję z portalem NowyJorker.com i wydawanym w Nowym Jorku „Nowym Dziennikiem” . Mój blog „Jak to się robi w Ameryce” zamierzam poświęcić komentowaniu bieżących wydarzeń amerykańskich i polskich we wzajemnym kontekście, co być może okaże się interesujące dla polskich czytelników.

Edukujmy maluchy, czyli rozpoczęcie szkoły po amerykańsku

W Ameryce wrzesień zaczyna się od wolnego weekendu, bo w pierwszy poniedziałek miesiąca wypada tutaj Labor Day – Święto Pracy. A w święto – nawet dedykowane pracy – się nie pracuje. Z jego nadejściem oficjalnie kończy się lato, co tutejsza tradycja nakazuje uczcić piknikiem na plaży. A potem trzeba znieść grill do piwnicy i czekać na kolejne wakacje, bo Labor Day oznacza też początek roku szkolnego.

Ale nie tylko. Kilka pierwszych dni po Święcie Pracy to również okres składania aplikacji do zerówek (kindergartens) i przedszkoli (pre-K). Brzmi niewinnie, ale w tym momencie zaczyna się między rodzicami przedszkolaków bezwzględna „wojna o wszystko”. Bo to właśnie od dobrego pre-K dla trzylatka zależy przyszłość edukacyjna młodych Amerykanów.



A od tego z kolei ich przyszłość „ w ogóle”. Więc nie bez powodu starając się zapisać dzieci do pierwszej szkoły w życiu, ich ambitni rodzice nie cofają się przed niczym. W repertuarze mają łzawe historie, wierutne kłamstwa, a nawet tradycyjne „pan wie, kim ja jestem?” i groźby karalne. Zdarzały się nawet próby zastraszania i szantażu. Przynajmniej kilka odcinków popularnych seriali kryminalnych zostało osnutych wokół wątku walki o miejsce w zerówce. W jednym – zdaje się – doszło nawet do morderstwa z premedytacją na Targu Rybnym w South Street Seaport…

Amerykanie już dawno docenili związek wczesnej edukacji. Powstały na ten temat kilometry literatury. Wykonano dziesiątki badań. Przewidywania naukowców zdążyła też potwierdzić społeczna praktyka. Wiadomo, że dzieci od pierwszych lat życia objęte odpowiednimi programami wychowawczymi i edukacyjnymi osiągają nie tylko większe od innych sukcesy w szkole i na studiach, ale są też lepszymi, lepiej przystosowanymi do społeczeństwa obywatelami. I łatwiej im w życiu.

To dlatego amerykańskie maluchy zaczynają tu odrabiać „ obowiązek szkolny” w wieku lat pięciu (lub czterech i pół), kiedy idą do zerówki, opatrzonej mylącą nazwą „kindergarten”. Zazwyczaj mają już jednak wtedy za sobą przynajmniej rok w przedszkolu (pre-kindergarten), gdzie rozpoczynają naukę czytania. Śmiało można więc uznać, że w praktyce Amerykanie zaczynają edukację jako trzy – lub czterolatki.

Rodzice opierają się tu na ustaleniach psychologii rozwojowej. Według tutejszych fachowców od edukacji, kluczowe znaczenie dla intelektualnego rozwoju dziecka ma pierwszych osiem lat życia. Każdy rok zaniedbań wychowawczych w tym okresie, to utrata około 10 procent (niektórzy piszą nawet o 15) edukacyjnego potencjału. Owszem, można te straty nadrobić w przyszłości, ale nie do końca. I trwa to latami.

Amerykańscy rodzice to wiedzą. Zwłaszcza ci, którzy sami odnieśli sukces i chcieliby tego samego dla swoich dzieci, tymczasem zdają sobie sprawę, że wiedza, to jedyne dobro, którego nie da się przekazać w spadku. Wie to również państwo, które robi co może, żeby jak najwięcej małych Amerykanów objąć bezpłatną edukacją wczesnoszkolną. Od lat działa tu finansowany ze środków federalnych program Head Start, zmierzający do zapewnienia miejsca w przedszkolach maluchom ze środowisk zagrożonych biedą i wykluczeniem społecznym. Pomimo licznych problemów z jego realizacją, efekty przerosły oczekiwania. W ciągu kilkunastu lat zdecydowanie zmniejszył się dystans w wynikach nauczania między potomstwem klasy średniej a dziećmi ze „złych” domów i dzielnic

Lepiej sytuowani rodzice nie czekają jednak na miejskie dotacje. Przeciwnie – skłoni są zapłacić, i to niemało, byle tylko ich maluchy dostały się do renomowanego przedszkola, a potem do stojącej wysoko w rankingach „zerówki”. Dla rodzin nowojorskich cztero- i pięciolatków nazwy „Dalton”, „Trinity” czy „Horace Mann” brzmią jak „Harward” czy „ Sanford”. I …równie trudno się do tych szkół zapisać. A może nawet trudniej.

Pomijając czesne, bo większość renomowanych zerówek to instytucje prywatne, do wszystkich obowiązują mordercze egzaminy wstępne. Żeby w ogóle próbować złożyć aplikację w jednej z nich, trzeba zaliczyć specjalny test – AABL ( Admission Assessment for Begining Learners).

Egzamin obejmuje tradycyjne badanie poziomu IQ, ale także – i jest to nowość wprowadzona dwa lata temu – zdolność do przyswajania wiedzy. Od niespełna pięciolatków wymaga się tez rozumienia i wykonywania poleceń oraz umiejętności skupiania uwagi. Testy są tak skomplikowane, że kiedy je wprowadzano, stacja CNBC zrobiła swoim widzom dowcip, proponując rozwiązanie pięciu przykładowych zadań. Większość dorosłych po maturze miała problemy…

Powie ktoś – po co to wszystko, skoro Amerykanie i tak lądują w międzynarodowych badaniach umiejętności najwyżej w połowie stawki, a amerykański antyintelektualizm (delikatnie mówiąc) jest na świecie przysłowiowy. Owszem, ale pozycja lidera w technologii, nauce czy kulturze popularnej nie bierze się znikąd. Ktoś to wszystko wymyśla, ktoś tym zarządza, ktoś za tym „stoi”. Wyniki testów po klasie szóstej nie tłumaczą wszystkiego.

Kiedy więc nad Wisłą rodzice sześciolatków oddychają teraz z ulgą, bo szczęśliwie „uratowali maluchy” przed rozpoczęciem nauki, nad Rzeką Wschodnią zaczęła się właśnie doroczna akcja „edukujmy maluchy”, czyli zacięta walka o jak najlepszą (czytaj – najbardziej zaawansowaną) szkołę dla trzylatków.
Trwa ładowanie komentarzy...