Ameryka dla Amerykanów, czyli syndrom Donalda

Zależy gdzie, ale do Nowego Jorku „syndrom Donalda” na razie chyba jeszcze nie dotarł. Po staremu każdy, kto uporządkuje swoje sprawy z urzędem imigracyjnym i przynajmniej w teorii zaakceptuje podstawowe amerykańskie wartości, może się tu czuć, jak u siebie.

To wciąż nie Francja, Niemcy czy Anglia, a może zwłaszcza Anglia , gdzie z przybraną narodowością jest tak, jak z przysłowiowym frakiem. Dobrze leży najwcześniej w siódmym pokoleniu. A i to nie ma gwarancji.

Stany to ciągle i mimo wszystko kraj emigrantów, choć zdarzają się tu i takie oto dialogi:
– Dwa razy kurczak z frytkami!
– Sorry, nie mamy, może kurczak w warzywach z zapiekanym ryżem?
– Jak to o nie macie? Co to za restauracje jest, żeby nie było kurczaka z frytkami!
– Ale to chińska restauracja .
– Chińska, nie chińska, tu jest Ameryka. Do czego to dochodzi, żeby w amerykańskiej restauracji nie było frytek i kurczaka. Skandal! Na Chinatown to sobie te swoje wodorosty możecie sprzedawać. Najeżdżało się to, nie wiadomo skąd, i teraz nie można normalnie zjeść we własnej dzielnicy!”

To wszystko wykrzyczała, na jednym wydechu, zażywna afroamerykańska niewiasta do drobnej Azjatki stojącej za ladą niewielkiego baru z chińskim jedzeniem na wynos.

Do tej konfrontacji tradycji kulinarnych doszło, bo jakieś dziesięć lat temu. Na długo przedtem, zanim Donald Trump jako kandydat Republikanów do Białego Domu zapowiedział budowę muru na granicy z Meksykiem, budząc antyimigranckie resentymenty.

Ale ksenofobia to w Nowym Świecie zjawisko niemal równie stare, jak same Stany Zjednoczone.

Nie, żeby The Donald był bez winy. Tyle, że z nowojorskiej perspektywy z niechęcią międzyetniczną jest w tej chwili w mieście raczej lepiej, niż gorzej. A na pewno lepiej, niż tu wcześniej bywało.

Trump, jaki jest, wiedzą już chyba wszyscy, nie tylko w Ameryce. Jego stosunek do imigrantów też nie wymaga komentarza. Ale - inaczej niż w okolicach Waszyngtonu, o czym pisał niedawno na łamach „Wyborczej” red. Zawadzki – w Nowym Jorku na razie nikt nie odsyła tu jeszcze nikogo, w tym także Polaków tam, skąd przyjechali. No, może poza innymi tutejszymi Polakami. Bo na Greenpoincie ostatecznym argumentem we wszelkich konfliktach z „nielegalnymi” jest groźba donosu do Immigration (czyli urzędu Imigracyjnego). Chociaż zwykle na gadaniu się kończy.

Póki co nie słychać też, przynajmniej na co dzień, na ulicach, żeby „Meksyki” miały wracać do Meksyku…

Jeśli jednak kampania „Ameryka dla Amerykanów” w Nowym Jorku sprzedaje się kiepsko, to – paradoksalnie - największe szanse powodzenia ma właśnie na Brooklynie, w dzielnicy „małych ojczyzn”. W tym swoistym przedsionku „prawdziwej” Ameryki, gdzie prawie nikt nie czuje się tu jeszcze tak całkiem „ u siebie”.

Kto bowiem miałby największą ochotę odsyłać Latynosów czy Chińczyków na drugą stronę – odpowiednio – meksykańskiego i chińskiego muru?

Emigranci w pierwszym i drugim pokoleniu! Oraz zasiedziali Amerykanie, którzy jednak ciągle nie zdołali wyprowadzić się z Brooklynu do Westchester, Nowej Anglii czy choćby New Jersey i zmuszeni są we własnym kraju żyć pośród „obcych”.

Nie bez przyczyny Trump cieszy się największym powodzeniem w okolicach, gdzie globalizacja pozostawiła liczne ofiary w postaci trwale bezrobotnej klasy pracowników przemysłowych, tak zwanych „niebieskich kołnierzyków” i gdzie imigranci są postrzegani jako konkurencja i zagrożenie dla tradycyjnego modelu życia.

Antyimigrancka retoryka kandydata Republikanów na prezydenta USA póki co nawet na Brooklynie nie robi jednak na nikim szczególnego wrażenia, może dlatego, że gorzej już było. Czasy, kiedy u wejścia do niektórych restauracji i sklepów wisiały wywieszki: „psom i Irlandczykom wstęp wzbroniony” a „Polish jokes” bawiły do łez wszystkich, oprócz Polonusów, raczej się nie powtórzą. Chociaż…

The Donald atakuje przecież najważniejsze i najskuteczniejsze z narzędzi, dzięki którym po latach „walk plemiennych” udało się w Stanach stłumić (co nie znaczy wygasić) ogniska nienawiści etnicznej – „poprawność polityczną”. Trump z poprawności szydzi i poprawność ośmiesza, ale to właśnie ów kaganiec nałożony na język nienawiści osłabił w końcu siłę narodowych resentymentów i nauczył Amerykanów względnej tolerancji dla współobywateli o innym niż własne pochodzeniu etnicznym.

A łatwo nie było i – zresztą – ciągle nie jest.

To banał, że odmienność wyzwala niechęć, a w ślad za nią – agresję. I to bynajmniej nie tylko u białej, zachodnioeuropejskiego pochodzenia amerykańskiej klasy średniej.

Najciekawszym bodaj fenomenem amerykańskiego tygla etnicznego jest okoliczność, że wyjątkowo wysoki poziom ksenofobii reprezentują wcale nie zasiedziali tu od pokoleń Amerykanie o zachodnioeuropejskiej proweniencji, ale imigranci z innych stron świata w drugim, a nawet i pierwszym pokoleniu.

Prymusami są w tej dziedzinie Słowianie. W tej liczbie także Polacy. Już jakoś tak jest, że sami sobie wydają się z definicji lepsi od „asfaltów” , „muslimów” czy „meksyków” i w ogóle – wszystkich „podpalanych”. No i – naturalnie – od „nielegalnych” rodaków. A także od tych już „tutejszych”, ale ciągle mieszkających na Greenpoincie. Bo ci, którym się w Ameryce |”udało” w polskiej dzielnicy etnicznej mają , owszem, kamienice na wynajem, ale sami już dawno mieszkają w New Jersey, na Long Island lub w Westchester, czym się chlubią. Gremialnie popierają też Trumpa. Bo coś nie lubią „meksyków” i w ogóle wszelkich „kolorowych”.

Ale polonijna ksenofobia to i tak nic w porównaniu z podejściem, jakie względem wieloetnicznych brooklyńskich sąsiadów reprezentują Rosjanie.

Nasza kameralna, licząca raptem sześć niewysokich budynków wspólnota mieszkaniowa powstała kilkanaście lat temu z przekształconych w spółdzielnię czynszówek. Na sprzedaż wystawiane są tu sukcesywnie lokale, na które kończą się długoletnie umowy najmu. Teoretycznie, mieszkanie może tu kupić każdy, kto ma odpowiednie środki i przekona zarząd wspólnoty, że będzie respektował zasady spółdzielni. Ale tak się jakoś składa, że jak do tej pory udaje się to niemal wyłącznie Amerykanom mówiącym z charakterystycznym, rosyjskim akcentem. Ostatecznie polski też wchodzi w rachubę…

Zasiedziali „amerykańscy” Amerykanie mogliby mieć spółdzielcom za złe te praktyki, jawnie dyskryminujące inne „mniejszości” z powodów etnicznych i wypierające z dzielnicy Sheepshead Bay jej dotychczasowych mieszkańców. Ale jakoś nie mają. A nawet jakby wręcz przeciwnie. Nieliczni Afroamerykanie, których można jeszcze spotkać w okolicy potrafią nawet pozdrowić sąsiadów :”zdrastwuj” albo „spasiba”.

Więc tak sobie myślę, że nie wiem, jak rzeczywiście z tym jest w Waszyngtonie, ale całkiem możliwe, że para rowerzystów, którzy zaatakowali na parkingu redaktora „Wyborczej” to mogli być „dorobieni” już i zamerykanizowani Polacy. Bo my tak jakoś nigdzie nie lubimy „obcych”.
Trwa ładowanie komentarzy...