Mur graniczny, Trump na murze

Wiadomo, że są na świecie rzeczy ważniejsze, niż bieżąca polityka. Z drugiej strony jednak, przed polityką nie ma – zdaje się ucieczki. Bo co z tego, że od świąt jestem we Wrocławiu, skoro kilka dni temu zagadnął mnie na ulicy miły chłopak z mikrofonem „Eski” i zapytał… o Trumpa! Że jak myślę, dlaczego Amerykanie wybrali go na prezydenta. I czy świat zwariował? To trzeba mieć prawdziwego pecha.

Bo co tu odpowiedzieć? Najłatwiej byłoby przytaknąć. Decyzję elektorów (bo już naród poparł Clinton przewagą niemal 3 milionów głosów) trudno uważać za do końca racjonalną. A jednak nie wypada. Bo amerykańska demokracja ciągle rządzi się regułą „united we stand” (w jedności siła) . Tak więc, czy się to części obywateli podoba, czy nie, Donald Trump został 45. Prezydentem USA i teraz – znów zgodnie z panującymi nad Rzeką Wschodnią regułami, trzeba to zaakceptować, przynajmniej do czasu, aż popełni błąd podpadający pod impeachment (procedura zdejmowania z urzędu). Trzeba też dać mu należący się w Stanach każdemu kredyt zaufania. Niech może najpierw pokaże, co potrafi.

Powaga urzędu już niejednego kiepsko rokującego kandydata zmieniła w końcu w męża stanu. No a poza tym kampania wyborcza to jedno, a kierowanie światowym mocarstwem to całkiem co innego, i może należy zaufać biznesowemu doświadczeniu nowego prezydenta. Ponadto, Trump nie będzie rządził sam. Jest jeszcze Kongres, liczne instytucje demokratyczne, prawa, a nade wszystko – dobre demokratyczne tradycje i obyczaje.

Ale – mówiąc szczerze – nie do końca w to wierzę. Mam złe przeczucia, że nowy prezydent pierwsze , co zrobi, to spełni niektóre z obietnic swojej kampanii. I stanie się nieszczęście.

Nie mam na myśli amerykańskiej gospodarki. Sądząc z decyzji personalnych, , wszystko zostanie bowiem raczej po staremu, tylko „bardziej”. Pod nowym prezydentem Stany szybko staną się jedną wielką korporacją. I o to Trumpowi – zdaje się – chodziło.
Wbrew nadziejom błękitnych kołnierzyków z Pasa Rdzy, The Donald nie odwoła globalizacji, a rozwarstwienie majątkowe i dominacja kapitału nad pracą jeszcze się pogłębi. Chleba więc z tego raczej nie będzie. Za to na pewno będzie można liczyć na igrzyska, i tu może być problem.

Na pierwszy ogień poszły „mniejszości”. Bo jeśli nawet nie da się biedniejącej klasie średniej dosypać dolarów, to zawsze można jej przecież poprawić samopoczucie, dociskając najsłabsze grupy społeczne. No, żeby znały swoje miejsce i żeby przynajmniej pod tym względem wróciły stare, dobre czasy, gdy wolność „ kolorowych” mierzyła się długością łańcucha.

Jeden z pierwszych dekretów nowego prezydenta zapoczątkował wznoszenie muru na granicy Meksyku. Następny ma wstrzymać imigrację do USA (na razie na kilka miesięcy). Zapowiadany jest też akt prawny, zmierzający do ograniczenia praw muzułmanów w Ameryce (Tak na marginesie, w związku z tym o zniesieniu wiz dla Polaków można więc na razie zapomnieć). Nowy prezydent koncertowo gra tutaj na nastrojach swoich wyborców.

To wszystko bardzo podoba się bowiem wyborcom Donalda Trumpa, a zresztą – nie tylko im. Tak zwana milcząca większość w tej konkretnej sprawie stoi – nomen omen – murem po stronie prezydenta. Bo Stany to miejsce rzeczywiście wolne od uprzedzeń kulturowych, religijnych czy rasowych, ale tylko tak długo, dopóki wszyscy „inni” akceptują dominujące w Stanach zasady i wartości.

Większość Amerykanów, w tej liczbie także obywatele naturalizowani w pierwszym pokoleniu, uważa, że tak należy. Przecież ludzie wyjeżdżają za ocean dla tych wartości właśnie, i to nawet wtedy, gdy „lepsze życie” rozumieją wyłącznie w jego wymiarze materialnym. Sukces gospodarczy Stanów nie wziął się przecież z próżni.

Przestrzeganie podstawowych amerykańskich praw, obyczajów i wolności gwarantuje zresztą, że „Ameryka” może trwać. Kiedy tego zabraknie, jej los może się okazać niepewny. Więc zbyt daleko posunięta tolerancja dla tych, którzy z różnych powodów nie chcą się integrować, budzi autentyczny opór zwykłych ludzi. Niestety, w ostatnich dekadach ten oficjalny permisywizm poszedł zdecydowanie za daleko.

To, że w kraju imigrantów i potomków imigrantów narasta niechęć do „obcych” , to wcale nie jest paradoks. Problem bierze się z niechęci niektórych grup do integracji.

Dotyczy to zwłaszcza latynosów, ale też Arabów (wcale nie muzułmanów” w ogóle”).

Tymczasem zwyczajni Amerykanie (odpowiednik „zwyczajnych Polaków”) nie bez racji uważają, że to nie w porządku. Odbierają takie postawy jak naruszenie zasady gościnności. No, że gość nie powinien raczej zaczynać wizyty od wymiany kanapy w domu gospodarza, krytykowania urody jego żony i zachowania dzieci. Zwłaszcza, że skoro tak wysoko ceni sobie własne wierzenia, prawa i obyczaje, to właściwie czego szuka w Ameryce?

W Stanach ludzie przywykli do odmiennych strojów czy egzotycznej kuchni. Nie chodzi o to, żeby tak zupełnie zrywać więzy z kulturą kraju urodzenia. Ale pewne rzeczy trudno odpuścić. Na przykład naukę języka, czy szacunek dla podstawowych zasad współżycia. Na naszym osiedlu wszyscy krzywią się na „ruskich”. Bynajmniej nie z powodu komunizmu (nikt nie kojarzy, o co chodzi). Niechęć bierze się z tego, że z zasady nie sprzątają oni po pasch, nie mówią sąsiadom „dzień dobry” (a tutaj każdy to robi) i nie przytrzymują drzwi od windy. Niby drobiazgi, ale w społecznościach wieloetnicznych od takich drobiazgów właśnie zaczyna się nietolerancja, a potem nienawiść.

Przeciętnych Amerykanów denerwuje również tolerancja dla imigrantów niezalegalizowanych, bo nieprzestrzeganie prawa zawsze stanowi zagrożenie dla porządku prawnego „w ogóle”. Tym bardziej, ze amerykański proces naturalizacji jest długi i kosztowny. Toteż okoliczność, że gdzieś w kraju przebywa, pracuje za najniższe stawki i pobiera świadczenia (tak, to możliwe) jakieś 15 milionów takich nielegalnych rezydentów, zwyczajnie wkurza cała resztę. A już szczególnie tych, którzy zdobyli swoje paszporty kosztem wieloletnich wyrzeczeń. Bo niby dlaczego taka taryfa ulgowa… Oczywiście, że sporo w tym zwykłej ludzkiej zawiści i nietolerancji dla „inności”. Ale z drugiej strony te uczucia łatwo zrozumieć.

Istnienie tak wielkiej grupy „nielegalnych” , a jeszcze nielegalnych, którzy jawnie kontestują amerykański sposób życia, to dla wielu obywatelu USA dowód, że państwo nie wypełnia swoich podstawowych obowiązków. Bo toleruje, przymyka oko, patrzy w drugą stronę, podczas gdy powinno działać, i to działać skutecznie. Taka sytuacji rodzi też poczucie zagrożenia. Bo skoro nikt nic z tym nie robi, to może służby nie radzą sobie na odcinku bezpieczeństwa wewnętrznego…

Problem narastał latami, a kolejni mieszkańcy Białego Domu zamiatali go pod dywan, z różnych – skądinąd – powodów. Aż wreszcie przyszedł Donald Trump i nazwał rzeczy po imieniu.

Nowy prezydent zaczął urzędowanie od próby rozwiązania tego akurat problemu, i wielu popiera go w tym głośno, a cała reszta po cichu. Pytanie, jak sobie z tym poradzi, bo to beczka prochu. Napięcia i konflikty na tle rasowym jak najgorzej zapisały się w historii Ameryki, kraju, gdzie niemal każdy obywatel posiada broń, a wielu nie zawaha się jej użyć. Każdy radykalny ruch może się tu przerodzić w krwawe jatki na ulicach.

Jeśli jednak dojdzie do czegoś podobnego, nikt nie będzie już pytał o globalizację i rozwarstwienie społeczne, i mało kto zauważy, że za finanse publiczne odpowiada u Trumpa człowiek związany z bankiem Goldman Sachs, tym samy, który przyszły prezydent w kampanii obarczył odpowiedzialnością za wszystkie problemy ekonomiczne Ameryki. Klasyka zarządzania przez konflikt. Może zresztą właśnie dlatego jedną z pierwszych decyzji 45 prezydenta USA był dekret na temat muru na granicy z Meksykiem.
Trwa ładowanie komentarzy...