O autorze
Jestem dziennikarką żyjącą pomiędzy Polską i USA. W tej chwili współpracuję z portalem NowyJorker.com i wydawanym w Nowym Jorku „Nowym Dziennikiem” . Mój blog „Jak to się robi w Ameryce” zamierzam poświęcić komentowaniu bieżących wydarzeń amerykańskich i polskich we wzajemnym kontekście, co być może okaże się interesujące dla polskich czytelników.

Czego chcą islamiści

Pomimo zbrojnych interwencji w Afganistanie i Iraku, pomimo nalotów na Syrię i debaty toczącej się w tej sprawie od czasów – przynajmniej – rewolucji irańskiej, Amerykanie nie mają jasności z czym – tak naprawdę – mamy do czynienia i z czym faktycznie walczymy...

W dzień po paryskiej tragedii Ameryka nie szuka jeszcze winnych i nie zbija kapitału politycznego na nieszczęściu ofiar. Na razie Ameryka, zwłaszcza Nowy Jork, płacze. Nawet jeśli niektórzy Amerykanie w tym zamieszaniu składają kondolencje rodzinie…Paris Hilton, to większość głęboko, osobiście współczuje francuskiej stolicy i Europie..

Nie próżnują też tutejsze telewizje i gazety, ale przynajmniej na razie komentarze są raczej wyważone. Bardziej ambitne media próbują odpowiedzieć na pytania z czym tak naprawdę mamy do czynienia i z czym faktycznie walczymy.

Choć cokolwiek już jednak wiadomo.

Niektórzy eksperci właśnie teraz dochodzą do wniosku, że za wydarzeniami w Paryżu nie stoi polityka międzynarodowa i socjalna krajów Zachodu względem Półwyspu Arabskiego i pochodzących z stamtąd mniejszości etnicznych. Że odpowiada za to głównie średniowieczny fanatyzm religijny.

Powie ktoś – ale odkrycie.

A jednak. Bo przecież produkowane dotąd dziesiątkami analizy wskazywały na niemal wyłączną winę Zachodu. Na Amerykę, z jej postkolonialną polityką „ dziel i rządź”. Na Europę, że dyskryminuje islamskie mniejszości, które się – w związku z tym – radykalizują.


Owszem, to wszystko prawda. Rewolucja w Iranie była inspirowana z Zachodu. Zachód – zwłaszcza Ameryka – odpowiada też za Arabską Wiosnę, a wcześniej za uwolnienie demonów wojny religijnej w Iraku. Za wspieranie i dozbrajanie „ islamskich bojowników”, czyli „naszych” islamistów, przeciw islamistom złym. Powszechnie wiadomo, że Półwysep Arabski to jeden z poligonów, na którym od całych dekad dochodzi – ponad głowami zamieszkałych tam narodów - do konfrontacji Wschodu i Zachodu.

Ale też, takich poligonów jest na świecie wiele. A przecież ani Latynosi, ani przybysze z Dalekiego Wschodu, skądinąd traktowani w Europie i Ameryce podobnie, jak emigranci z Syrii czy Północnej Afryki, nie podkładają bomb w metrze, nie podpalają samochodów na ulicach i nie strzelają z automatów na stadionach.

Zdaniem Graeme Wooda, autora tekstu „What ISIS Really Wants” z najnowszego wydania opiniotwórczego pisma o profilu polityczno-społecznym – „The Atlantic”, właśnie ta okoliczność stanowi jeden z najważniejszych dowodów, że działania ISIS, pomimo okrzyków „Za Syrię!”, napędza nie tyle chęć odwetu, ile fanatyzm religijny.

Wood, dziennikarz i wykładowca politologii z Yale – pisze, że trzeba sobie wreszcie powiedzieć uczciwie, że czego byśmy nie zrobili, nie powiedzieli czy nie narysowali w satyrycznym tygodniku, i tak wszyscy jesteśmy potencjalnymi ofiarami wojujących islamistów. Bo ustępstw zawsze będzie fanatyzmowi mało, nawet jak już złożymy na ołtarzu świętego spokoju nasze wszystkie prawa i wolności. Taka jest bowiem natura fanatyzmu.

Jego ofiarą padną zarówno ci, co przystąpili do ataków na ISIS, jak i ci, co do niech nie przystąpili. Wierzący i ateiści. Tacy, co przyjmują imigrantów z Bliskiego Wschodu z otwartymi ramionami i ci, co na fali zrozumiałego przerażenia chcą teraz budować mury i zamykać granice.

Co – pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższą dygresję – i tak niewiele zmieni ( choć ostrożność nigdy nie zawadzi). Bo za atakiem islamskiego terroryzmu w Nowym Jorku stali obywatele Bliskiego Wschodu na „ gościnnych występach”.

A poza tym w Polsce i bez unijnych relokacji uchodźców i tak jest już około stu tysięcy muzułmanów z Czeczenii, sunnitów, przynajmniej w części „ bojowników islamskich”, sprowadzonych do nas nie przez żadnych tam – jak twierdzi Paweł Kukiz – „ lewaków”, tylko za czasów Lecha Kaczyńskiego. Chyba, że uznamy, że śp. Prezydent też był „lewakiem”.
W maju tego roku ABW zatrzymała w Białymstoku trzech takich „naszych” Czeczeńców, podejrzanych o wspieranie ISIS. Tymczasem nadanie tym dżentelmenom – na złość Rosji – statusu uchodźcy to robota „prawactwa”.

Wracając zaś do wojny, którą wypowiedziało nam państwo islamskie, to – zdaje się – jest ona klasyczną wojną religijną, tyle, że tym razem taką „o wszystko”.

Prowadzą ją – co streszczam w wielkim uproszczeniu i na odpowiedzialność Wooda – zwolennicy ustanowienia na całym półwyspie Arabskim tak zwanego kalifatu. Czyli państwa religijnego. Wyznają oni – pozostającą w uśpieniu przez lata laickich „reżimów”, trzymających ową bestię na uwięzi – fundamentalistyczną wersję islamu. W myśl jej zasad, celem Pastwa Islamskiego jest zawrócenie świata z drogi rozwoju i cofnięcie go do siódmego wieku naszej ery, kiedy w Arabii praktykowano oparty wprost i dosłownie na zapisach Koranu islam polityczny.

Taki, który nie godzi się na ograniczenie wiary do sfery duchowej, zmierza zaś do tego, by treść świętych ksiąg zastąpiła prawo stanowione, a rządy w państwie objęli imamowie.
Inaczej – duchowni.

Takie państwo sankcjonowałoby, jak dzisiaj sankcjonuje ISIS, barbarzyńskie kary cielesne, morderstwa rytualne, niewolnictwo, handel ludźmi i urzeczowienie kobiet, by wymienić tylko kilka jego zasad najbardziej dla Zachodu odrażających. A wszystko z Koranem w dłoni.
Jego wrogami są zaś „z definicji” wszyscy niewierni, ale przede wszystkim wyznawcy mniej fundamentalistycznych odmian islamu – głównie szyici.

W obliczu takich tragedii, jak teraz ta w Paryżu, często zapominamy, że wśród ofiar ISIS jest już co najmniej 200 000 muzułmanów i to na nich w pierwszej kolejności ciąży wydany przez PI wyrok śmierci.

Wojna prowadzona przez islamistów jest – twierdzi Wood - inną wojną, niż ta, którą wydała Zachodowi Al.-Kaida. Teraz jest to wojna totalna. Wojna o „oczyszczenie świata” z wszelkich grzechów zanim nastąpi oczekiwana przez Państwo islamskie Apokalipsa.

Zdaniem amerykańskich ekspertów ataki w Paryżu, inaczej niż te w Nowy Jorku, nie mają jednak na celu bezpośredniego „ zniszczenia Zachodu”. To też, ale tym razem ma również chodzić o sprowokowanie „Rzymu” do …interwencji w Syrii. Bowiem „bojownicy” już zauważyli, że samotne wilki uzbrojone w półautomaty nie są w stanie na serio zagrozić znienawidzonej „cywilizacji śmierci” i będzie do tego potrzebne wsparcie „z góry”.
Trzeba więc wydać decydującą bitwę Bestii zgodnie z zasadami Koranu.

Ten zaś – podobno – literalnie wskazuje miejsce, gdzie powinna nastąpić oczekiwana przez fanatyków z ISIS „wojna światów”. Ma do niej dojść w okolicach Aleppo. Bezpośrednią konsekwencją tego wydarzenia miałby być upadek Izraela i Turcji. Potem zaś miałaby nastąpić rozprawa z resztą świata i koniec „wszystkiego”.

Zadanie pokonania niewiernych w Europie i Ameryce przypadłoby w tym apokaliptycznym scenariuszu – osobiście – Bogu. Zapewne przy wsparciu jego najważniejszego Proroka.
Potem zaś wszyscy fanatyczni sunnici mogliby żyć w swoim globalnym kalifacie długo i szczęśliwie. Jak teraz bojownicy w islamskim raju.

Taki jest – podobno – plan. Takiej natury i treści wierzenia napędzają ISIS do krwawej wojny z resztą świata za pomocą zupełnie nowoczesnych wyrzutni rakietowych i karabinów maszynowych.

Czego zaś ma to wszystko dowodzić „na dzisiaj”?

Tego, mianowicie, że odkładając na bok wszelką poprawność polityczną będzie niestety trzeba popracować nie tylko nad polityką międzynarodową i skuteczniejszą integracją wykluczonych społecznie muzułmanów w Europie. Bo to nic nie zmieni.

Należy zająć się samym islamem, jako źródłem zagrożenia dla pokoju na świecie. Będzie mu pilnie potrzebna… Reformacja? A społeczności muzułmańskiej laicyzacja (której absolutnie nie należy mylić z zamachem na wiarę)?

Bo – umówmy się – przed wojnami i wojenkami religijnymi nic nie chroniło dotąd Bliskiego Wschodu lepiej, niż urządzone na świecką modłę instytucje państwowe narzucone przez tamtejsze, niedawno obalone reżimy.

Nie „ lewactwo” je obalało, i nie lewactwo zbroiło islamistyczne bojówki i zagrzewało do buntu przeciwko mało – skądinąd – religijnym dyktatorom . I nie „lewactwo”, a raczej „prawactwo” – w myśl poszanowania wiary religijnej, dla prawactwa w każdej, nawet islamskiej wersji lepszej od oświeconego liberalizmu – tolerowało , już na gruncie europejskim, budowę meczetów, burki i praktykowanie szariatu. Lewactwo, ze swej lewackiej natury, nie popiera wszak budowy świątyń.

Tymczasem trzeba sobie wreszcie uświadomić – pisze Woods – że to islam, przez swój potencjał do radykalizacji wyznawców, stanowi teraz główne niebezpieczeństwo dla nas wszystkich.

Być może zresztą – ale to już mój osobisty wniosek z lektury „The Atlantic” – stanowi je każda religia, o ile przybiera postać polityczną. Kiedy zaczyna rościć sobie pretensje do ingerencji w prawo stanowione i zasady życia społecznego.

Europa ma już wprawdzie za sobą konfrontacyjny etap relacji państwo-kościół. Przynajmniej w teorii. Przez piekło wojen religijnych przeszliśmy dawno temu. Ale skoro one w ogóle wybuchały, to znaczy, że i w chrześcijaństwie ciągle tkwi niebezpieczeństwo radykalizacji?
Czym się to może skończyć, pokazuje ISIS. Które to wnioski z analiz zamieszczonych w „The Atlantic” warto zadedykować tym politykom i publicystom, którzy w odpowiedzi na islamski terroryzm chcieliby więcej państwa wyznaniowego w Europie i Ameryce.

Na razie jednak Ameryka opłakując tragedię Francji, wysyła policję na ulice Nowego Jorku . I żarliwie modli się za miasto Paryż.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...